Zdecydowanie uważam ten film za najlepszy z Bondów z Danielem Craigiem. Najlepszy, bo trzyma w napięciu, wzrusza, rozśmiesza tym typowym Bondowskim humorem... Jedyne czego może niektórym zabraknąć, to brak wielkiej miłości - pojawia się krótki epizod z tym związany, ale nie jest tak, że cały film skupia się na wątku kobieta-mężczyzna. Uważam ten film za najgłębszy z tych ostatnich Bondów, piosenka tytułowa w wykonaniu Adele i czołówka jest naprawdę nastrojowa na tyle, by zachęcić do filmu. To będzie jedna z tych recenzji krótkich do bólu, bo jestem zmęczona ostatnio.
Skyfall jest dużo bardziej sentymentalny niż bywał kiedykolwiek wcześniej.Bondowy dowcip staje się coraz bardziej ostry i cięty, co sprzyja agentowi SecretService, a on sam wydaje sie być bardziej doświadczony i spokojny mimo swoich zabójczych umiejętności. W Bondach fajne jest to, że często wraca się do źródeł, nawiązując do starych filmów z serii. Minimalizm jest dobry, dość mam gadżetów i naprawdę chciałam troszkę kina akcji.
I jeszcze jeden wielki plus - Javier Bardem, który z wielkim powodzeniem wcielił się w rolę złoczyńcy. Nie takiego z dolnej półki, lecz prawdziwego, zimnokrwistego, inteligentnego okrutnika, którego ukształtowala wściekłość i żal, ból i nieszczęścia. Człowieka, który przeżył wiele, wiele stracił. Tak wiele, że teraz chce tylko pomścić każdą z tych rzeczy. Im nowsze filmy w serii, tym lepsi aktorzy wcielają się w role 'tych złych'. Javier Bardem jest naprawdę wyśmienitym aktorem, z tych, którzy potrafią stać się postacią, będąc w danej chwili nią, a nie sobą. O to właśnie chodzi w aktorstwie, to podziwiam. Oczywiście Javierowi pomogła świetna, chodź prosta charakteryzacja. Jednak nie wygląd czyni człowieka, a jego charakter. Tak samo z rolą. Nawet, gdyby Bardem wyglądał grając złoczyńcę tak samo, jak na codzień, nadal kapało by z niego zło. Pozazdrościć.
I have no idea what I'm doing.
Życie przez różnokolorową słomkę. Czasem bywa również czarna, zależy od humoru. Ciekawie i niezwyczajnie o tym co takie normalne. Będzie też śmiesznie, chyba że ktoś tu jest burakiem :x
piątek, 9 listopada 2012
In Bruges/Najpierw Strzelaj,Potem Zwiedzaj.
Historia, ktora po przeczytaniu gazetowego streszczenia zdawala sie byc doskonalym kandydatem na kiepskie kino komediowe... A jednak, postanowilam obejrzec ten film, sugerujac sie dobra obsada- Colin Farrel, Brendan Gleeson i Ralph Fiennes. Wiec usiadlam i w zaciszu domowego ogniska na dwie godziny zaglebilam sie w tamtym swiecie.
Film ten jest genialny. Oczywiscie tytul pozostawia sobie wiele do zyczenia- nie wierze, ze tak dobry, gleboki film mogl otzymac taka nazwe w polskiej wersji. Trzeba to przebolec, i na pewno da rade to zrobic ten, kto lubi kino lekko refleksyjne, choc zabarwione komediowymi i dramatycznymi akcentami.
Film opowiada o dwoch platnych zabojcach, ktorzy przyjezdzaja na wymuszony urlop do Brugii, sredniowiecznie zabudowanego miasta w Belgii. Sam kontrast pomiedzy postaciami, a miejscem w ktorym sie znajduja, daje pretekst do powstania ciekawych i smiesznych sytuacji. Zabojcy sa rozni- mlody i przystojny kontra grubasek w srednim wieku. Tworza mimo tego wszystkiego zgrabny duet, tak jakby jedna postac wpasowywala sie w druga. Jeden z nich lubi Brugie, drugi nie, chodza po miescie jednak obydwaj i xwiedzaja tajemnicze jego zakamarki. Prawdziwa, wlasciwa fabule filmu poznajemy dopiero w polowie, tak samo jak kreacje Ralpha Fiennesa, ktory to gra bossa naszych dwoch delikwentow.
Ujawnienie dalszej czesci fabuly grozi jednym wielkim spojlerem. Wiec przejde do podsumowania.
Najwiekszymi atutami filmu sa wlasnie m.in. tresc, ale tez swietne kreacje aktorskie, naprawde, zagrane fenomenalnie.
musze przyznac ze balam sie, ze gra Collina Farrela okaze sie tutaj jednym wielkim nieporozumieniem, jako, ze Total Recall(remake) byl jego masakra, ale mylilam sie. Farrel doskonale pokazal prostego, dobrodusznego chlopaka z Dublina, ktory, kiedy musi, odda smiertelny cios, ale sam w sobie jest jeszcze malym dzieckiem. Brendan Geeson z kolei przekazuje w swojej grze postac zmeczona wlasnym fachem, smutna i niepewna, ale gotowa do poznania nowych rzeczy. Mimo, ze gra zawodowego zabojce, a wiec osobe lamiaca z zawodu ludzkie zasady moralne, juz od poczatku filmu osobiscie mialam do niego sympatie.
Co do Ralpha Fiennesa- po prostu trzeba umiec grac lekko psychicznego. Tylko tyle, by zaciekawic.
Moze ta recenzja nikomu nie pomoze, ale wynika z niej jedno- warto obejrzec ten film, spojrzec na wszystko z kompletnie innej strony niz ta, ktora prezentuje dzisiejszy swiat. Nalezy zauwazyc, ze czasem wrogiem nie jest ten, kto na niego wyglada. Dzieki temu obrazowi staje sie to prostsze.
Film ten jest genialny. Oczywiscie tytul pozostawia sobie wiele do zyczenia- nie wierze, ze tak dobry, gleboki film mogl otzymac taka nazwe w polskiej wersji. Trzeba to przebolec, i na pewno da rade to zrobic ten, kto lubi kino lekko refleksyjne, choc zabarwione komediowymi i dramatycznymi akcentami.
Film opowiada o dwoch platnych zabojcach, ktorzy przyjezdzaja na wymuszony urlop do Brugii, sredniowiecznie zabudowanego miasta w Belgii. Sam kontrast pomiedzy postaciami, a miejscem w ktorym sie znajduja, daje pretekst do powstania ciekawych i smiesznych sytuacji. Zabojcy sa rozni- mlody i przystojny kontra grubasek w srednim wieku. Tworza mimo tego wszystkiego zgrabny duet, tak jakby jedna postac wpasowywala sie w druga. Jeden z nich lubi Brugie, drugi nie, chodza po miescie jednak obydwaj i xwiedzaja tajemnicze jego zakamarki. Prawdziwa, wlasciwa fabule filmu poznajemy dopiero w polowie, tak samo jak kreacje Ralpha Fiennesa, ktory to gra bossa naszych dwoch delikwentow.
Ujawnienie dalszej czesci fabuly grozi jednym wielkim spojlerem. Wiec przejde do podsumowania.
Najwiekszymi atutami filmu sa wlasnie m.in. tresc, ale tez swietne kreacje aktorskie, naprawde, zagrane fenomenalnie.
musze przyznac ze balam sie, ze gra Collina Farrela okaze sie tutaj jednym wielkim nieporozumieniem, jako, ze Total Recall(remake) byl jego masakra, ale mylilam sie. Farrel doskonale pokazal prostego, dobrodusznego chlopaka z Dublina, ktory, kiedy musi, odda smiertelny cios, ale sam w sobie jest jeszcze malym dzieckiem. Brendan Geeson z kolei przekazuje w swojej grze postac zmeczona wlasnym fachem, smutna i niepewna, ale gotowa do poznania nowych rzeczy. Mimo, ze gra zawodowego zabojce, a wiec osobe lamiaca z zawodu ludzkie zasady moralne, juz od poczatku filmu osobiscie mialam do niego sympatie.
Co do Ralpha Fiennesa- po prostu trzeba umiec grac lekko psychicznego. Tylko tyle, by zaciekawic.
Moze ta recenzja nikomu nie pomoze, ale wynika z niej jedno- warto obejrzec ten film, spojrzec na wszystko z kompletnie innej strony niz ta, ktora prezentuje dzisiejszy swiat. Nalezy zauwazyc, ze czasem wrogiem nie jest ten, kto na niego wyglada. Dzieki temu obrazowi staje sie to prostsze.
posted from Bloggeroid
Sherlock Holmes i dobra robota Downey Jr!
No więc Sherlock. Oblejrzałam niedawno, po czym obejrzałam jeszcze raz. Żeby upewnić się, że na pewno się nie mylę, i film jest aż tak dobry. Nie chodzi mi tu o konwencję - kompletnie zmieniono podejście do detektywa z Londynu, co można lubić bądź nie; jestem zaskoczona dopasowaniem muzyki, zdjęć, cudnej scenografii i charakteryzacji ze scenariuszem i samymi aktorami.
Historia toczy się w podajże XIX wieku w Londynie i tradycyjnie, jak na Holmesa przystało dotyczy rozwiązania zagadki drogą dedukcji, ale, jak się tutaj też okazuje, drogą przemyślanej przemocy. Nowy Holmes jest bardziej ludzki, charakterystyczny, z nieco sarkastycznym humorem, bardzo Downey'owskim, o czym wnioskuję, bo taki sam typ dowcipu zagościł w Iron Manie ( tylko że w Holmesie jest on delikatniejszy). Obraz starego, ponurego Londynu nie byłby tak bardzo przekonujący, gdyby nie dziwaczna , jak na Hanza Zimmera muzyka - kompozytor zminimalizował koszty korzystając z ulicznych kapel cygańskich i tym podobnych, użył rozstrojonego pianina... Bregovicowskie rytmy dodają światu przedstawionemu ostrości. W filmie występuje niestypowy, jak na film detektywistyczny rodzaj zdjęć - często wszystko traci tępo na jeden moment, który obrazuje sposób myślenia Sherlocka. Wszystko wiecie, macie łatwy dostęp do bazy danych na temat filmu. Ale nie znacie mojej, subiektywnej opinii. Więc uważam, że obraz ten choć już stary ( bo przecież pojawiła sie już druga część!) jest świetny. Tylko tyle. Jak bardzo można przekształcić konwencję, aby wciąz nie utracić treści i dorzucić coś od siebie? Jak stworzyć film, który jednocześnie jest czymś nowym, jak i czymś starym? Odpowiedź znajdziecie oglądając "Sherlocka"!
Historia toczy się w podajże XIX wieku w Londynie i tradycyjnie, jak na Holmesa przystało dotyczy rozwiązania zagadki drogą dedukcji, ale, jak się tutaj też okazuje, drogą przemyślanej przemocy. Nowy Holmes jest bardziej ludzki, charakterystyczny, z nieco sarkastycznym humorem, bardzo Downey'owskim, o czym wnioskuję, bo taki sam typ dowcipu zagościł w Iron Manie ( tylko że w Holmesie jest on delikatniejszy). Obraz starego, ponurego Londynu nie byłby tak bardzo przekonujący, gdyby nie dziwaczna , jak na Hanza Zimmera muzyka - kompozytor zminimalizował koszty korzystając z ulicznych kapel cygańskich i tym podobnych, użył rozstrojonego pianina... Bregovicowskie rytmy dodają światu przedstawionemu ostrości. W filmie występuje niestypowy, jak na film detektywistyczny rodzaj zdjęć - często wszystko traci tępo na jeden moment, który obrazuje sposób myślenia Sherlocka. Wszystko wiecie, macie łatwy dostęp do bazy danych na temat filmu. Ale nie znacie mojej, subiektywnej opinii. Więc uważam, że obraz ten choć już stary ( bo przecież pojawiła sie już druga część!) jest świetny. Tylko tyle. Jak bardzo można przekształcić konwencję, aby wciąz nie utracić treści i dorzucić coś od siebie? Jak stworzyć film, który jednocześnie jest czymś nowym, jak i czymś starym? Odpowiedź znajdziecie oglądając "Sherlocka"!
czwartek, 25 października 2012
War Horse. Czas Wojny
Kontynuując pisanie bloga, na którego czasem, bardzo rzadko ktoś wejdzie (bo zbłądzi :) ) postanowiłam napisać kolejną recenzję filmu.
Tym razem, skupiłam się na produkcji pod tytułem "Czas Wojny", pod reżyserią Stevena Spielberga.
MOżna się czepiać, że lubię dość duże i znane produkcje. że nie siedzę na tyłku w alternatywnym kinie i nie oglądam tworów ukraińskiego kina niskobudżetowego... a ja po prostu wolę coś, co ma dużą szansę być dobre. Poza tym, jest coś lepszego niż rozumienie tekstów w ich oryginale? To niestety jest mi dane tylko w polskich, tudzież angielskojęzycznych filmach.
'Czas Wojny' opowiada historię o miłości i oddaniu, jakie może zaistnieć pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Przypomina nieco 'Lessie, wróć', tyle że w innej fabule, z koniem zamiast psa.
Film zaczyna się od targu konnego, na którym stary farmer, dzierżawiący swoje gospodarstwo od lokalnego bogacza, kupuje konia. Młody rumak ma bardzo wysoką cenę, więc, gdy trafia do gospodarstwa, żona farmera każe go oddać, w nadziei, że odzyskają choć część pieniędzy. Jednakże koń pozostaje w rodzinie, a nastoletni syn farmera, Albert, nadaje mu imię Joey.
Perypetie konia i jego właścicieli spajają rodzinę ze zwierzęciem, aż nagle, gdy życie wydaje się być piękne, nadchodzi Pierwsza Wojna światowa, a wraz z nią nabór do wojsk. Armia zabiera rodzinie konia, aby służył pod siodłem. W ten sposób rozpoczyna się długa podróż, która poprowadzi coraz to wrażliwszego widza przez łzy i wzruszenia.
Na początku film wydaje się być zrobiony nieco sztucznie. Jednak jaskrawe, miejscami z kolei wyblakłe zdjęcia wcale nie przeszkadzają w oglądaniu, a wręcz dodają filmowi "tego czegoś".
Momentami można wyczuć kunszt zdjęciowca - Kaminskiego, który jest przecież laureatem Oscara.
Muzyka jest dobrana perfekcyjnie - w odpowiednich momentach dodaje dramatyzmu i sprawia, że historia nabiera tempa. Komponował John Williams - swoją muzyką ulepszył również historię Harry'ego Pottera i "Star Wars".
Ekipa odpowiadająca za bakstejdż to jedno. Ale czym byłby film bez dobrych aktorów?
no i kto powiedział że dobrzy muszą być znani.
Jeremy Irvine grał młodego Alberta, Peter Mullan - jego ojca. Praktycznie jedynym znanym masom aktorem w tym filmie jest Tom Hiddleston, ale gra on tam epizodyczną rolę, ważną, ale krótką.
W każdym razie, uważam ten film za dobry. Nie jest to jedna z tych produkcji, do których nie można się przyczepić. Do wszystkiego można... Jednakże na pewno jest raczej lepszy niż gorszy od przeciętnej.
A Spielberg jest specyficzny, można go kochać, można nienawidzić. Ja skłaniam się ku kochaniu. (a przynajmniej lubieniu)
Wolę jego filmy od bezsensownej sieczki Tarrantino.
Moja opinia - film warty zobaczenia.
A Quentin Tarrantino jest do dupy.
hehehejters gonna hejt.
Tym razem, skupiłam się na produkcji pod tytułem "Czas Wojny", pod reżyserią Stevena Spielberga.
MOżna się czepiać, że lubię dość duże i znane produkcje. że nie siedzę na tyłku w alternatywnym kinie i nie oglądam tworów ukraińskiego kina niskobudżetowego... a ja po prostu wolę coś, co ma dużą szansę być dobre. Poza tym, jest coś lepszego niż rozumienie tekstów w ich oryginale? To niestety jest mi dane tylko w polskich, tudzież angielskojęzycznych filmach.
'Czas Wojny' opowiada historię o miłości i oddaniu, jakie może zaistnieć pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Przypomina nieco 'Lessie, wróć', tyle że w innej fabule, z koniem zamiast psa.
Film zaczyna się od targu konnego, na którym stary farmer, dzierżawiący swoje gospodarstwo od lokalnego bogacza, kupuje konia. Młody rumak ma bardzo wysoką cenę, więc, gdy trafia do gospodarstwa, żona farmera każe go oddać, w nadziei, że odzyskają choć część pieniędzy. Jednakże koń pozostaje w rodzinie, a nastoletni syn farmera, Albert, nadaje mu imię Joey.
Perypetie konia i jego właścicieli spajają rodzinę ze zwierzęciem, aż nagle, gdy życie wydaje się być piękne, nadchodzi Pierwsza Wojna światowa, a wraz z nią nabór do wojsk. Armia zabiera rodzinie konia, aby służył pod siodłem. W ten sposób rozpoczyna się długa podróż, która poprowadzi coraz to wrażliwszego widza przez łzy i wzruszenia.
Na początku film wydaje się być zrobiony nieco sztucznie. Jednak jaskrawe, miejscami z kolei wyblakłe zdjęcia wcale nie przeszkadzają w oglądaniu, a wręcz dodają filmowi "tego czegoś".
Momentami można wyczuć kunszt zdjęciowca - Kaminskiego, który jest przecież laureatem Oscara.
![]() |
| Ujęcie z filmu - widać kunszcik. |
Ekipa odpowiadająca za bakstejdż to jedno. Ale czym byłby film bez dobrych aktorów?
no i kto powiedział że dobrzy muszą być znani.
Jeremy Irvine grał młodego Alberta, Peter Mullan - jego ojca. Praktycznie jedynym znanym masom aktorem w tym filmie jest Tom Hiddleston, ale gra on tam epizodyczną rolę, ważną, ale krótką.
W każdym razie, uważam ten film za dobry. Nie jest to jedna z tych produkcji, do których nie można się przyczepić. Do wszystkiego można... Jednakże na pewno jest raczej lepszy niż gorszy od przeciętnej.
A Spielberg jest specyficzny, można go kochać, można nienawidzić. Ja skłaniam się ku kochaniu. (a przynajmniej lubieniu)
Wolę jego filmy od bezsensownej sieczki Tarrantino.
Moja opinia - film warty zobaczenia.
A Quentin Tarrantino jest do dupy.
hehehejters gonna hejt.
niedziela, 16 września 2012
I tak nikt tego nie przeczyta.
Oto ja. Wesoła na zewnątrz, smutna w środku. I pełna niepewności nawet jak na młodą dziewczynę. Mam problemy, tak w zasadzie cały stos problemów. NIe będę ich wyliczać, każdy ma swoje, więc po co zaśmiecać eter cudzymi? Oglądam jakiś marny film katastroficzny i czekam na koniec świata w nadziei, że nie będzie bolesny. Bo, tak w zasadzie, gdyby nie cale to cierpienie i tak dalej, to bezbolesny koniec świata byłby całkiem ok. Gorzej może być, ale nie będzie. A na pewno nie jest dobrze. Chociaż słońce świeci, to tak naprawdę moje życie spowija mrok. Cieszę się, że mam moich najbliższych, ale moim pragnieniem zawsze było coś więcej... Czemu nigdzie tego nie ma? Nie rozpaczam i wiem że mam więcej niż inni, ale ta podła zachłanność każe mi chcieć i chcieć i ciągle czekać, aż spotka mnie coś lepszego. Jeśli coś miłego się dzieje, to zaraz dla równowagi coś mi się psuje i świat znowu zaczyna mnie wściekać. Definitywnie działa przy mnie złośliwość rzeczy martwych, a na dodatek zawsze jakoś trafiam na moment kiedy coś brzmi najgorzej. KIedy słowa, moje bądź cudze są wyrwane z kontekstu i zyskują podłe, warstwowe znaczenie. Ludzie odwracają się przeciw mnie, a ja nie wiem, czemu. Bolesne.
poniedziałek, 2 lipca 2012
Mroczne Cienie, czyli nowe spojrzenie na wampira.
Mroczne Cienie to film dziwny. Komedia z odrobiną czarnego humoru, opowiadająca ciekawie o dramatach i tematach aktualnych dla człowieka współczesnego (można się doszukać). W konwencji bajki reżyser Tim Burton zabawie i zaintrygował swoich widzów.
Film, co by o nim nie powiedziec posiada z pewnością solidne druty w postaci aktorów. Tradycyjnie, jak w prawie każdej jego produkcji, zagrali: Johnny Depp , Helena Bonham Carter, swoich sił spróbowała też Michelle Pfeiffer. (i dobrze jej wyszło)
Film jest nietypowy i zmienia postrzeganie postaci takich jak wampiry właśnie. Jeśli komuś nie spodobał się Twilight albo Pamiętniki Wampirów, bądź po prostu ma już dość bladego przystojnego, groźnego i brokatowego wampira, to musi obejrzeć Mroczne Cienie! Ja jak zwykle zwracałam uwagę na stronę estetyczną filmu- spójna, ciekawa, mroczna. Kiedy trzeba dowcipu, jest dowcip, gdy potrzeba trochę krwi, ona też się pojawia.
Szczerze, uważam ten film za lepszą bajkę dla dzieci niż obecnie wchodzący do kin chlam pod nazwą Roman Barbarzynca. Już sam zwiastun doprowadził mnie do szału.
Film, co by o nim nie powiedziec posiada z pewnością solidne druty w postaci aktorów. Tradycyjnie, jak w prawie każdej jego produkcji, zagrali: Johnny Depp , Helena Bonham Carter, swoich sił spróbowała też Michelle Pfeiffer. (i dobrze jej wyszło)
Film jest nietypowy i zmienia postrzeganie postaci takich jak wampiry właśnie. Jeśli komuś nie spodobał się Twilight albo Pamiętniki Wampirów, bądź po prostu ma już dość bladego przystojnego, groźnego i brokatowego wampira, to musi obejrzeć Mroczne Cienie! Ja jak zwykle zwracałam uwagę na stronę estetyczną filmu- spójna, ciekawa, mroczna. Kiedy trzeba dowcipu, jest dowcip, gdy potrzeba trochę krwi, ona też się pojawia.
Szczerze, uważam ten film za lepszą bajkę dla dzieci niż obecnie wchodzący do kin chlam pod nazwą Roman Barbarzynca. Już sam zwiastun doprowadził mnie do szału.
posted from Bloggeroid
niedziela, 1 lipca 2012
The Avengers 3D - recenzja nietypowa.
Loki. Tom Hiddleston. To pierwsze co przychodzi mi do głowy gdy myślę o moich doświadczeniach świeżo po obejrzeniu trzygodzinnej sieczki (lubię czasem sieczkę komercyjną) zwanej The Avengers. Odczuwam swoją wielką chęć podzielenia się z internetem moją afektacją.
Wyszukane słownictwo? wiem, dużo ćwiczę ostatnio żeby mówić tak, by nikt mnie nie zrozumiał.
Ale, wracając do tematu. The Avengers.
Nie nastawiajmy się, że ten film ma nieść przesłanie, nie szukajmy drugiego dna, chociaż jakby ktoś bardzo chciał to je znajdzie.
Kino zawsze dzieliło się na ambitne produkcje, mające wzruszyć widza i motywować go do myślenia, i te obrazy, które tworzy się wyłącznie po to, by dostarczyć rozrywki.
W tym wytwórnia Marvela doskonali się od dobrych paru lat, czarując rozmachem, humorem bohaterów i ich perypetiami.
Avengers jest jedną z tych megaprodukcji, nie oszukujmy się, nastawiających się na zysk. Sama produkcja tego filmu wymaga, by był on widowiskiem, które przyprowadzi do kin tłumy i zwróci się producentom wraz z nawiązką.
Zacznijmy od początku. Jest to adaptacja Marvelowskiej komiksowej historii, oczywiście z własnym pomysłem, bo nie jestem pewna czy w oryginalnym Marvelowskim komiksie pojawia się taki sam skład bohaterów. The Mighty Avengers to komiksowi bohaterzy którzy są zrzeszeni przez S.h.i.e.l.d. (tarcza, organizacja mająca na celu ocalenie ziemi przed destrukcją od strony złoczyńców). Jednakże skład supergrupy cały czas się zmienia. Szukając wśród odcinków komiksu takiego, w którym pojawiał by się ten sam komplet superbohaterów natrafiłam na wielkie różnice składu.
Gra aktorska w filmie jest trudna do określenia, bo też postaci, choć definitywnie różne, nie są tak trudne do zagrania jak w 'ambitnych' filmach. najwięcej kwestii do powiedzenia ma prawdopodobnie Robert Downey Jr grający Iron Mana, jednak nie była to dla niego nowa postać, miał z nią kontakt któryś raz z rzędu. Obsada jest bardzo dobra, gra Scarlett Johannson, wcześniej wspomniany Robert, Chris Evans, Chris Hemsworth, Jeremy Lee Renner, Samuel L Jackson, Tom Hiddleston i wielu innych, wartych wymienienia aktorów. Niestety nie pamiętam wszystkich.
Same efekty specjalne są, że tak ładnie powiem, gratką dla kogoś takiego jak ja, parającego się choćby rysunkiem. Z pewnością było to wielkie wyzwanie logistyczne, estetyczne i komputerowe, ponieważ niektórych rzeczy nie da się załatwić od tak, robiąc je ręcznie. Np. Hulk - jest wygenerowany komputerowo.
Zaskoczeniem dla mnie było to, że aktorzy odtwarzający główne role nosili kostiumy, które ważyły około 20 kilogramów. Składały się one głównie ze skóry i metalu, było w nich ponoć pieruńsko gorąco, ale cóż, sztuka wymaga poświęceń :) nawet strój Iron Mana był prawdziwy, także wspóczuję Downey Juniorowi.
Moje wrażenia po filmie są jednorakie - uważam, że stworzono spójny, ciekawy film, dopracowany i wysmakowany, nie 'przesadzony' jak wiele takich produkcji. Dodatkowo, plus za efekty, bo były naprawdę prawie 'prawdziwe'.
Także technologia 3D w The Avengers jest bardzo zaawansowana. Co prawda po trzech godzinach boli głowa i oczy, ale tym razem 3D już nie jest takim niewypałem. Następny post o Tomie Hiddlesonie, ponieważ urzekł mnie swoją badassowością.
Wyszukane słownictwo? wiem, dużo ćwiczę ostatnio żeby mówić tak, by nikt mnie nie zrozumiał.
Ale, wracając do tematu. The Avengers.
Nie nastawiajmy się, że ten film ma nieść przesłanie, nie szukajmy drugiego dna, chociaż jakby ktoś bardzo chciał to je znajdzie.
Kino zawsze dzieliło się na ambitne produkcje, mające wzruszyć widza i motywować go do myślenia, i te obrazy, które tworzy się wyłącznie po to, by dostarczyć rozrywki.
W tym wytwórnia Marvela doskonali się od dobrych paru lat, czarując rozmachem, humorem bohaterów i ich perypetiami.
Avengers jest jedną z tych megaprodukcji, nie oszukujmy się, nastawiających się na zysk. Sama produkcja tego filmu wymaga, by był on widowiskiem, które przyprowadzi do kin tłumy i zwróci się producentom wraz z nawiązką.
Zacznijmy od początku. Jest to adaptacja Marvelowskiej komiksowej historii, oczywiście z własnym pomysłem, bo nie jestem pewna czy w oryginalnym Marvelowskim komiksie pojawia się taki sam skład bohaterów. The Mighty Avengers to komiksowi bohaterzy którzy są zrzeszeni przez S.h.i.e.l.d. (tarcza, organizacja mająca na celu ocalenie ziemi przed destrukcją od strony złoczyńców). Jednakże skład supergrupy cały czas się zmienia. Szukając wśród odcinków komiksu takiego, w którym pojawiał by się ten sam komplet superbohaterów natrafiłam na wielkie różnice składu.
Gra aktorska w filmie jest trudna do określenia, bo też postaci, choć definitywnie różne, nie są tak trudne do zagrania jak w 'ambitnych' filmach. najwięcej kwestii do powiedzenia ma prawdopodobnie Robert Downey Jr grający Iron Mana, jednak nie była to dla niego nowa postać, miał z nią kontakt któryś raz z rzędu. Obsada jest bardzo dobra, gra Scarlett Johannson, wcześniej wspomniany Robert, Chris Evans, Chris Hemsworth, Jeremy Lee Renner, Samuel L Jackson, Tom Hiddleston i wielu innych, wartych wymienienia aktorów. Niestety nie pamiętam wszystkich.
Same efekty specjalne są, że tak ładnie powiem, gratką dla kogoś takiego jak ja, parającego się choćby rysunkiem. Z pewnością było to wielkie wyzwanie logistyczne, estetyczne i komputerowe, ponieważ niektórych rzeczy nie da się załatwić od tak, robiąc je ręcznie. Np. Hulk - jest wygenerowany komputerowo.
Zaskoczeniem dla mnie było to, że aktorzy odtwarzający główne role nosili kostiumy, które ważyły około 20 kilogramów. Składały się one głównie ze skóry i metalu, było w nich ponoć pieruńsko gorąco, ale cóż, sztuka wymaga poświęceń :) nawet strój Iron Mana był prawdziwy, także wspóczuję Downey Juniorowi.
Moje wrażenia po filmie są jednorakie - uważam, że stworzono spójny, ciekawy film, dopracowany i wysmakowany, nie 'przesadzony' jak wiele takich produkcji. Dodatkowo, plus za efekty, bo były naprawdę prawie 'prawdziwe'.
Także technologia 3D w The Avengers jest bardzo zaawansowana. Co prawda po trzech godzinach boli głowa i oczy, ale tym razem 3D już nie jest takim niewypałem. Następny post o Tomie Hiddlesonie, ponieważ urzekł mnie swoją badassowością.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




