czwartek, 25 października 2012

War Horse. Czas Wojny

Kontynuując pisanie bloga, na którego czasem, bardzo rzadko ktoś wejdzie (bo zbłądzi :) ) postanowiłam napisać kolejną recenzję filmu.
Tym razem, skupiłam się na produkcji pod tytułem  "Czas Wojny", pod reżyserią Stevena Spielberga.
MOżna się czepiać, że lubię dość duże i znane produkcje. że nie siedzę na tyłku w alternatywnym kinie i nie oglądam tworów ukraińskiego kina niskobudżetowego... a ja po prostu wolę coś, co ma dużą szansę być dobre. Poza tym, jest coś lepszego niż rozumienie tekstów w ich oryginale? To niestety jest mi dane tylko w polskich, tudzież angielskojęzycznych filmach.
'Czas Wojny' opowiada historię o miłości i oddaniu, jakie może zaistnieć pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Przypomina nieco 'Lessie, wróć', tyle że w innej fabule, z koniem zamiast psa.
Film zaczyna się od targu konnego, na którym stary farmer, dzierżawiący swoje gospodarstwo od lokalnego bogacza, kupuje konia. Młody rumak ma bardzo wysoką cenę, więc, gdy trafia do gospodarstwa, żona farmera każe go oddać, w nadziei, że odzyskają choć część pieniędzy. Jednakże koń pozostaje w rodzinie, a nastoletni syn farmera, Albert, nadaje mu imię Joey.
Perypetie konia i jego właścicieli spajają rodzinę ze zwierzęciem, aż nagle, gdy życie wydaje się być piękne, nadchodzi Pierwsza Wojna światowa, a wraz z nią nabór do wojsk. Armia zabiera rodzinie konia, aby służył pod siodłem. W ten sposób rozpoczyna się długa podróż, która poprowadzi coraz to wrażliwszego widza przez łzy i wzruszenia.
Na początku film wydaje się być zrobiony nieco sztucznie. Jednak jaskrawe, miejscami z kolei wyblakłe zdjęcia wcale nie przeszkadzają w oglądaniu, a wręcz dodają filmowi "tego czegoś".
Momentami można wyczuć kunszt zdjęciowca - Kaminskiego, który jest przecież laureatem Oscara.
Ujęcie z filmu - widać kunszcik.
Muzyka jest dobrana perfekcyjnie - w odpowiednich momentach dodaje dramatyzmu i sprawia, że historia nabiera tempa. Komponował John Williams - swoją muzyką ulepszył również historię Harry'ego Pottera i "Star Wars".
Ekipa odpowiadająca za bakstejdż to jedno. Ale czym byłby film bez dobrych aktorów?
no i kto powiedział że dobrzy muszą być znani.
Jeremy Irvine grał młodego Alberta, Peter Mullan - jego ojca. Praktycznie jedynym znanym masom aktorem w tym filmie jest Tom Hiddleston, ale gra on tam epizodyczną rolę, ważną, ale krótką.
W każdym razie, uważam ten film za dobry. Nie jest to jedna z tych produkcji, do których nie można się przyczepić. Do wszystkiego można... Jednakże na pewno jest raczej lepszy niż gorszy od przeciętnej.
A Spielberg jest specyficzny, można go kochać, można nienawidzić. Ja skłaniam się ku kochaniu. (a przynajmniej lubieniu)
Wolę jego filmy od bezsensownej sieczki Tarrantino.
 Moja opinia - film warty zobaczenia.
 A Quentin Tarrantino jest do dupy.
hehehejters gonna hejt.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz